Korzystając z zaproszenia Europejskiego Stowarzyszenia Edukatorów Historii (Euroclio), miałem okazję odwiedzić południową część Półwyspu Koreańskiego. W wyjeździe tym, poza mną, uczestniczył zespół nauczycieli z Holandii, Gruzji, Portugalii, Niemiec, Libanu, Serbii, Słowenii, Turkmenistanu. Tygodniowy pobyt to dostatecznie długi okres czasu, aby wiele doświadczyć i zapamiętać (napiszę o tym w osobnym tekście).

Nowe i stare w Seulu

W tekście pominę wrażenia wynikające z nieprawdopodobnego upału czy dość interesującego jedzenia, którego jednak mój europejski żołądek nie zniósł najlepiej. Nie opiszę także wizyty na koreańsko-koreańskiej granicy oraz pominę wątek zwiedzania kilku muzeów, mimo że opowieść o nich mogłaby ułożyć się w dość ciekawą narrację koreańskiej polityki historycznej. Skupię się jedynie na warstwie edukacyjno-historycznej związanej z przeprowadzeniem przeze mnie zajęć w szkole w Seulu.

Przed wyjazdem zostałem poproszony o przygotowanie dwóch aktywności:  45-minutowej lekcji oraz warsztatu dla miejscowych nauczycieli, którą miałem dwukrotnie przeprowadzić w klasach 14-15-latków. Głównym celem tych zajęć miało być przede wszystkim pokazanie, w jaki sposób ucząc historii, można podkreślać jej złożoność, wielowymiarowość, kładąc także nacisk na różnorodność narracji. W trakcie moich przygotowań oczywiście sięgnąłem po historię Korei, dostrzegając w wielu wątkach podobieństwo z historią Polski. Położenie między dwoma militarnymi i gospodarczymi potęgami, lata okupacji, wiele krzywd zadanych przez okupantów, które zdaniem Koreańczyków nie są jeszcze do końca wyjaśnione i przez ich sprawców nazwane. To kilka spośród wielu wątków, do których chciałbym wrócić w najbliższym czasie w osobnym tekście.

Ostatecznie zaplanowałem zajęcia oparte o kwestie inwazji, okupacji, obcego wkraczającego na „nieswoje” i biorącego „co nasze”. Przygotowania utrudniał fakt, że nie miałem szczegółowych informacji o grupie odbiorców zajęć, nie miałem również wiedzy na temat kultury prowadzenia lekcji w Korei. Intuicja podpowiadała mi, że spotkam się z posłusznym słuchaniem, odpowiadaniem na pytania i ciszą, gdy będę mówił. Podobne przypuszczenia wyrażał zespół, z którym udawałem się do Korei.

Lekcje miałem poprowadzić drugiego dnia po przyjeździe. Szkoła, do której pojechaliśmy to odpowiednik naszych molochów. Duży, 4-piętrowy budynek mieszczący kilkuset uczniów, a przy tym wypełniony w czasie trwania lekcji… ciszą. Według koreańskich gospodarzy to normalne i naturalne. Co ciekawe, cisza nie była konsekwencją jakiejś szczególnej, dyscyplinującej tresury. Relacje między nauczycielami a uczniami wydały mi się bardzo przypominające te z naszych szkół. W trakcie przerwy szkolny budynek wypełniły luźne rozmowy, uśmiechy, zabawy na korytarzu. Uczniowie, których mijaliśmy przyglądali nam się z ciekawością, a co odważniejsi podchodzili pytając, czy jesteśmy z Europy czy Ameryki. Te pytania pokazują ciekawą perspektywę. Polska czy Portugalia, stanowiły w zasadzie jedna przestrzeń.

Czerwoną kropką pokazałem skąd pochodzę. Na początku użyłem mapy azjatyckiej świata.

Zajęcia prowadziłem przy współudziale tłumacza. Lekcję zaplanowałem tak, by przede wszystkim porozmawiać o tym, co dzieje się w chwili, kiedy wrogowie, obcy wkraczają do „naszego” miejsca. Zanim jednak dotarliśmy do tej kluczowej części, przedstawiłem się za pomocą tej mapy.

Przy okazji dowiedziałem się, że żaden z uczniów nigdy nie był w Europie („ale trochę się o niej uczymy”). Następnie pokazałem drugą mapę i zapytałem, co o niej sądzą. Większość była naprawdę zaskoczona. Było im trudno odnaleźć Koreę. Po krótkiej dyskusji „dlaczego się różnią” dotarliśmy do tematu naszego spotkania, czyli do rozmowy o tym, że każdy z nas obserwuje wydarzenia i ludzi wokół ze swojego punktu widzenia, z własnej, osobistej perspektywy. I to jest naturalne.

W trakcie tego spotkania pokazałem jedną z fotografii, którą niejednokrotnie wykorzystywałem na moich lekcjach. Scena uchwycona przez fotografa rozgrywa się we wrześniu 1939 roku. Zdjęcie ukazuje wjazd wojsk niemieckich do Warszawy od zachodu przez ulicę Górczewską. Ulica ta jest dla mnie ważna, bo właśnie przy niej znajduje się moja szkoła. Z perspektywy Seulu tak szczegółowy opis lokalizacji jest w dalekim stopniu mało istotny.

Krótkie omówienie zdjęcia przyniosło wiele ciekawych obserwacji. Wydawałoby się, że oczywista rzecz, jaką jest niemiecki hełm nie została rozpoznana. Niektórzy uważali, że mają do czynienia z przywitaniem żołnierzy. Inni, że z ucieczką, co sugerowała przestraszona twarz oglądającego się za siebie żołnierza. Podczas tej części lekcji odczułem, że uczniowie nieczęsto biorą udział w takiej formie zajęć. Onieśmielało ich ryzyko podania błędnej odpowiedzi, jakby nie do końca rozumieli, że przyjmuję każdą. Potrzebowali relatywnie dużo czasu, aby przyzwyczaić się do tej sytuacji. W trakcie rozmowy uczniowie zwracali początkowo uwagę na biedne domy i skromnie ubranych ludzi. Stopniowo, w toku dyskusji dotarli do celu głównego zadania, jakim było „wejście do głów” postaci na zdjęciu i uchwycenie wielości perspektyw.

Kolejnym etapem była praca w grupach. Uczniowie, którym rozdałem fotografie, mieli zaproponować (po koreańsku), co mogły mówić lub myśleć postaci widoczne na zdjęciach. Nie pierwszy raz proponuję uczniom zadanie tego typu. Zazwyczaj uczniowie są w trakcie jego realizacji zaangażowani. Dodatkowo, a co dla mnie ważniejsze, są sprowokowani, by wychodzić poza własną perspektywę, zadawać pytania i rozmawiać ze sobą. Kończąc tę część lekcji staraliśmy się poznać zapisy uczniów. Ja szukałem wspólnego mianownika ich propozycji (np. wypowiedzi o zabarwieniu negatywnym, nienawistne, wyrażające ciekawość, strach itd.).

Rozmowa z uczniami na temat jednego z innych zdjęć.

W trakcie podsumowania zachęcałem uczniów, aby zajrzeli w domu do swoich podręczników i znaleźli inne zdjęcie, z którym można byłoby zrobić podobne zadanie.

Przedostatniego dnia mojego pobytu w Seulu przeprowadziłem warsztat dla nauczycieli. Spotkanie rozpocząłem od omówienia przeprowadzonych wcześniej lekcji oraz związanych z tym moich wrażeń. Nauczyciele, do czego zdążyłem się już wtedy przyzwyczaić, byli dość oszczędni w słowach. Trudno było mi wyczuć, co sądzą na temat mojego punktu widzenia, czy zgadzają się z moimi obserwacjami.

Grupa znacząco ożywiła się w trakcie pracy z omawianym już tu zdjęciem z ulicy Górczewskiej. Zastanawiali się między sobą, czy można oddać głos wrogom (w ich przypadku to Japończycy), a jeśli tak - co to daje. Dyskusja była ożywiona na tyle, że zrezygnowałem z tłumaczenia, ciesząc się trochę jak wtedy, kiedy uczniowie zaczynają dyskutować na lekcjach. Komentując tę część warsztatu odniosłem się do obecnej sytuacji w Europie, gdzie trwają podobne dyskusje, zwłaszcza w państwach takich jak Polska.

W drugiej części warsztatu pracowaliśmy nad innymi fotografiami. Tym razem nauczyciele otrzymali cztery zdjęcia przedstawiające wydarzenia związane z wyzwalaniem północnych terenów Holandii przez wojska alianckie (polskie). W toku rozmów uczestnicy warsztatów dokonywali wyboru jednej fotografii, która w ich odczuciu byłaby dobrym materiałem do podobnego zadania. Dyskusja na ten temat zakończyła to spotkanie.

Wielokrotnie na łamach tego bloga zachęcamy, by pamiętać i podkreślać to, że wydarzenia mają swoich świadków, którzy na nie patrzą i opisują z różnych perspektyw. Nie chodzi o to, by przyjmować wszystkie za równorzędne, ale by zdawać sobie z nich sprawę i próbować zrozumieć ich różnorodność.

Nowy rok przynosi możliwości „rozpoczęcia od nowa”. Można wziąć głęboki oddech, poddać ewaluacji poprzedni rok, zastanowić się, co wyszło, a co nie, i przystąpić do 2018/2019 z kilkoma poprawkami. Oto lista moich 5  postanowień, które spróbuję zastosować.

Nowy rok szkolny 2018/2019

Najpierw poznam uczniów

Przyznam się szczerze, że nie przekonują mnie ciągłe narzekania, że „podstawa jest przeładowana”. Wiem, że jest. Nic na to nie poradzę (piszę o tym niżej). Tak czy inaczej, dwa, trzy pierwsze spotkania poświęcę na zorientowanie się, z kim mam do czynienia. Nawet jeśli to ludzie, których już uczyłem, wakacje mogły poczynić w ich zmieniającym się życiu wiele zmian. Pogadamy, przedstawię ludzkim językiem program, może wykorzystam ubiegłoroczny pomysł Kuby w jednej z klas [czytaj]? Kto wie. Najważniejsze, żeby uczniowie nie odnieśli wrażenia, że wsiedli do jakiegoś Pendolino, który porwał ich nie patrząc nawet, kto kto w nim jedzie.

Wezmę nożyczki i zacznę aktywnie czytać podręcznik

Uroczyście oświadczam, że nie „przerobię” wszystkiego! Nie da się. Moje lekcje to nie “Mission Impossible”. Chcę robić porządnie to, co robię. Tak więc przejrzę podręcznik i wybiorę około 10 zagadnień w każdej klasie, których po prostu nie zrealizuję. Moim nauczycielskim zadaniem jest nauczyć uczniów uczyć się (jedna z umiejętności kluczowych!). Dlaczego więc nie poprosić ich, by te tematy zrobili sami? Znam argumenty (brak samodyscypliny, potrzeba sprawdzania wyników, kontroli nad tym, co jest przekazywane), które pokazują, że samodzielne uczenie jest nieefektywne. Nie przekonują mnie. Z uporem będę twierdził, że każdy materiał można zrealizować samodzielnie, jeśli tylko odpowiednio przygotuję materiały: YouTube, podręcznik, moje zbiory, pomysły na doklasy.pl mogą mi się przydać. Wiadomości sprawdzę i pokażę, że można.

Postawię kamienie milowe

Nie będę rozpisywał całego roku szkolnego „lekcja po lekcji”. Umówmy się to jest nierealne. Tym razem spróbuję zaznaczyć sobie cztery, pięć dni w kelendarzu, które będą kamieniami milowymi. Na przykład chciałbym w piątej klasie do końca listopada „mieć za sobą starożytność”. Pewnie trudno w to uwierzyć, ale naprawdę można. Pod warunkiem jednak, że dość dobrze skorzystam z wcześniej opisywanych nożyczek i zdrowego rozsądku. Zamiast myśleć “no nie, tego nie można nie uczyć” zadam sobie pytanie “co ma wiedzieć pod koniec roku szkolnego”. I nie będę straszył uczniów egzaminem. Są dopiero na początku nauki. I tak (jak ktoś uczy do egzaminu) będzie trzeba to powtórzyć, a tak naprawdę uczyć się na nowo.

Będę częściej wychodził z uczniami z klasy

Jacek wyszedł z klasy
Jacek z uczniami Akademii Dobrej Edukacji w Warszawie

Większość z nas mieszka w miejscach, w których działo się coś ciekawego. Polska historią stoi, dlatego tych kilka zaoszczędzonych godzin poświęcę również na porozmawianie o historii lokalnej. Nie trzeba mieszkać w Warszawie czy Krakowie, żeby pokazać, że historia jest nie tylko w podręcznikach. Nie trzeba nawet jechać do pobliskiego muzeum historii lokalnej. Prawie każda miejscowość ma swoją historię, przełomowe momenty. Stare Pole, (pomorskie), z którego pochodzę, to wieś założona przez krzyżaków na prawie chełmińskim, w 1466 weszła w skład Królestwa Polskiego, w XIX wieku rozwinęła się w konsekwencji budowy torów kolejowych. Ileż wątków, o których można nie tylko wspomnieć w klasie, lecz także porozmawiać na zewnątrz szukając trwałych śladów tych wydarzeń i procesów.

Będę pamiętał o umiejętnościach

„Uczeń wie...”, „Uczeń wymienia…” to jest (dla mnie niestety) nasz chleb powszedni. Uczniowie mają żonglować przyczynami, przerzucać się skutkami, wiedzieć kto, gdzie i kiedy. Dziś wie, za dwa lata nie będzie wiedział. Dlatego dużo ważniejsze jest, moim zdaniem, zwrócenie uwagi na to, jaki postęp robią uczniowie w zakresie umiejętności historycznych.  Jak wykorzystują wiadomości, czy umieją łączyć wydarzenia i samodzielnie porządkować je w czasie, czy umieją samodzielnie wyciągnąć wniosek, zadać pytanie, określić, czy tekst jest obiektywny itd. Będę starał się przestrzegać zasady: jedna lekcja, co najmniej jedna umiejętność. Świadomie będę zwracał uwagę, którzy uczniowie pracują, gdy umiejętność jest kształcona, bym umiał o nich powiedzieć nie tylko to, że „wymieniają i wiedzą”

Będę łączył kropki

Ci, którzy znają ten film wiedzą o co chodzi. Ja go oglądam raz na jakiś czas, żeby sobie wbić do głowy, co jest ważne w moim zawodzie.

książka, kropka, książka, kropka....

Postanowienia, pewnie jak zawsze, są na granicy realizmu i możliwości wykonania. Dużo mają z naiwnych marzeń. Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy mogą sobie pozwolić, nawet choćby chcieli, na działania, o których piszę. Poza tym moje pomysły mogą się komuś nie podobać (zapraszam do dyskusji). Zależy mi jednak na tym, żeby moje cele na ten rok wykraczały poza zwykłe ułożenie rozkładu treści.

Bitwa o Anglię. Dywizjon 303 w reżyserii Davida Blaira to pierwszy z dwóch filmów, ukazujących się w tym roku w naszych kinach na ten temat. Nie chcę tu pisać recenzji filmu. Chciałbym tylko podzielić się kilkoma uwagami dotyczącymi możliwości jego wykorzystania na lekcji lub w rozmowie ze swoimi dziećmi. W kinie byłem z moim 13 letnim synem, któremu film się bardzo spodobał, więc poniższe przemyślenia są efektem naszej rozmowy po seansie.  Osobiście przypomniałem sobie emocje związane z książką Arkadego Fiedlera, z którą razem z pilotami latałem walczyć z Messershmittami.


Co młody człowiek przed filmem wiedzieć powinien? Film zaczyna się w 1940 zaraz po klęsce Francji. Skupia się na wydarzeniach z sierpnia i września tegoż roku. Warto może więc przedtem powiedzieć kilka słów o kampanii wrześniowej i fakcie, że wielu polskich żołnierzy znalazło różne drogi do Francji właśnie a potem Anglii. Same działania pokazane są zgodnie ze znaną pewnie bardziej pokoleniu starszych, fiedlerowską narracją. Ci, którzy czytali książkę, nie powinni się czuć zaskoczeni. Film kończy się w 1945 i scenami, które rozgrywają się na tle defilady zwycięzców, która odbywa się  bez Polaków. Przed filmem może warto wytłumaczyć młodszym z widzów, dlaczego, jak mówi bohater filmu „nikt nie chce zdenerwować Stalina”

Spitfire

O czym można porozmawiać z uczniami po filmie takim jak „Bitwa pod Anglię. Dywizjon 303”? Autorzy tego filmu, przedstawiając znane epizody z życia słynnych pilotów, skupili się głównie na postaci Jana Zumbacha. Pokazano też losy innych pilotów, którzy nie tylko prowadzą walkę na niebie, lecz także wracają wspomnieniami do Polski. Te retrospekcje pokazane są w sposób bardzo subtelny i kontrastują ze scenami ukazującymi wyobrażenia pilotów na temat sytuacji osób, które pozostały w Polsce.  Ma to duży wpływ na to co czują i jak walczą Polacy. Chyba skupiłbym bym się właśnie na tym. Problem odwagi lub jej braku, chęci zabijania, zemsty, Niemca jako wroga czy też człowieka jest przedstawiony tak, że pozwala zadać kilka ważnych pytań uczniom. Na pewno, co należy pochwalić, autorzy filmu nie podają na tacy łatwych odpowiedzi.

Poniższe pytania zostały zainspirowane pofilmową rozmową

Czy film pokazuje prawdę? Na pewno nie. Przecież nie o to chodzi, żeby po wyjściu z kina powiedzieć “tak właśnie było”.  Z tego prostego powodu, że jest dziełem artystycznym, jedną z interpretacji. Każdy z nas kto czytał Fiedlera lub słyszał inne opowieści o Dywizjonie wie, że najwięcej samolotów zestrzelili, że była w nich ułańska fantazja, że Anglicy nie ufali im na początku, że mieli problem z językiem, że był wśród nich Czech, że Urbanowicz to dżentelmen a Zumbach narwany, że podobali się angielskim dziewczynom. Tak więc film na pewno powiela znaną, ułańską historię pilotów. Robi to dobrze i solidnie na poziomie filmowym. Jest może kilka scen, które niepotrzebnie biją patosem, są wypowiedzi, które skierowane są bardziej do widza, by ten lepiej zrozumiał kontekst. Film w dużej mierze jest jak lekcja historii w stylu epickiego wykładu, jak wykład multimedialny. Nie, film nie pokazuje prawdy, bo jej się nie da pokazać. Możemy najwyżej zobaczyć, jak sobie ją wyobrażamy, jak ją chcemy widzieć, jak chcemy zapamiętać pilotów.

Co w filmie uwiera? Ciekawe, czy coś będzie razić młodych ludzi. Mnie chyba niepotrzebnie raziło stereotypowe ukazanie Francuzów (leniwi i raczej tchórzliwi), Anglików (dumni, śmieszni i sztywni), no i mimo wszystko Niemców, którzy albo są martwi, abo butni, albo zrezygnowanie z wściekłością trzaskają drzwi samochodu patrząc na dymiące samoloty z czarnym krzyżem.. Chętnie przekonam się, czy uczniowie też dostrzegają takie uproszczenia.

Czy iść na film? Tak. Na pewno warto zobaczyć, w jaki sposób polsko-angielska produkcja radzi sobie z tematem, który rozpalał wyobraźnię młodych czytelników kilka dekad temu. To również dobry film, by podyskutować o tym, jak tworzy się popularną historię, by wzruszyć, podnieść na duchu czy nawet rozśmieszyć. Mnie jednak cieszy najbardziej, że na tym filmie nie cierpiałem z powodu przeromantyzowanej, słodko-heroicznej narracji, która tak mocno ostatnio szkodzi temu, jak postrzegamy historię.