Praca domowa.  Dla większości nauczycieli jeden z nieodłącznych elementów uczenia. Jako uczeń pamiętam dokładnie to uczucie, kiedy nauczyciel zapominał lub - w ramach niemal królewskiej łaski - oświadczał, że tym razem niczego nam nie zada. Praca domowa była nieodłącznym elementem mojego uczniowskiego życia, brak pracy po południu jakimś niezwykłym przeżyciem. Tym tekstem chciałbym - już z perspektywy nauczyciela - podzielić się kilkoma moimi przemyśleniami dotyczącymi pracy domowej . Po co ją zadajemy, jaka jest jej funkcja, czy w ogóle jest potrzebna?

Moim zdaniem z pracą domową jest jak ze słynną zasadą z przysięgi Hipokratesa: przede wszystkim ma nie krzywdzić. Zarówno naszych uczniów, nas i naszego przedmiotu. Bo praca domowa może krzywdzić. To, co zadajemy, ma uczniowi pomóc w głębszym zrozumieniu zrealizowanego tematu. No wiecie państwo:

Poniżej moja osobista propozycja pytań, które warto sobie zadać zanim zadamy pracę domową.

  •      Czy nie zadaję z przyzwyczajenia?

Czasami trudno nam się rozstać z uczniami niczego nie zadając. Może niektórzy z nas uważają, że praca domowa to dowód na to, że poważnie traktujemy swój przedmiot a poważna lekcja musi się skończyć „czymś do domu”.  Patrzymy w zeszyt ćwiczeń, widzimy „fajne” zadanie i rzucamy je na tablicę. Bez większego zastanawiania się. Chcemy po prostu stworzyć jakiś pretekst, by nasi uczniowie przypomnieli sobie, że razem z naszym przedmiotem istniejemy. Taka nieprzemyślana praca domowa często odbije się nam czkawką na następnej lekcji: trzeba ją sprawdzić, często jest łatwa do przepisania, rzadko daje coś wartościowego. A gdyby tak … odpuścić?

  •     Czy wszyscy muszą otrzymać zadanie?

Jeśli zadanie ma utrwalać lub sprawdzać, czy uczeń zrozumiał realizowany materiał, może należy się zastanowić czy cała klasa musi otrzymać to samo zadanie. Przecież mamy takich uczniów, którzy rozumieją temat, są aktywni na lekcji, odpowiadają i zadają pytania. Czy oni też muszą wykonywać przysłowiowe „ćwiczenie 8 na s.32” skoro na lekcji udowodnili nam, że wiedzą i umieją?

  •   A może różne zadania dla różnych uczniów?

Idąc dalej za myślą poprzedniego punktu, proponuję rozważyć zadawanie różnych prac domowych (wiem, wiem… 32 osoby w klasie, łatwo mi mówić… itd.). To tylko propozycja. Prezentujemy na tym blogu mnóstwo zadań dotyczących źródeł, analizy fotografii, wychodzących poza samo odtwarzanie treści podręcznikowych, które przecież innym może być naprawdę potrzebne. Przestańmy karać uczniów zdolnych dając im zadania poniżej ich możliwości. Zaproponujmy im coś ambitniejszego. To wcale nie musi oznaczać zajmowania im więcej czasu. Może od razu trzeba ich odesłać do tzw. zadań z gwiazdką i zwolnić od tych bardziej odtwórczych, które robią ci, którzy tego potrzebują?

  •    Czy nie namawiam do oszustwa?

Świat, w którym żyjemy wymaga od nas wielu czasochłonnych czynności. Mając się czegoś dowiedzieć zaglądamy do Internetu, rzadziej szukamy w książkach. Nie wymagajmy od uczniów, że będą inni. Zanim zaczną odpowiadać na nasze zadanie, sprawdzą, czy już wcześniej nikt tego nie odrobił. To nie jest ich wina, że urodzili się w czasach, w których odpowiedzi na proste pytania są na wyciągnięcie ręki. Zanim zadamy kolejne „Bić się czy nie bić w powstaniach?” albo coś o porównaniu „Sparty z Atenami” zadajmy pytanie w Google, które pewni nasi uczniowie wpiszą i zobaczmy, czy w ogóle warto ich stawiać przed wyzwaniem już dawno znanym i opisanym. Tak, ściąganie prac z Internetu jest oszustwem i powinniśmy je tępić, ale nie wymagajmy od uczniów, by zapominali, że sieć istnieje. A gdyby tym bardziej zaawansowanym uczniom zadać, żeby sprawdzili w Internecie różne odpowiedzi uczniów na dany temat, porównali, skrytykowali? Sieć nie jest naszym wrogiem, tylko wyzwaniem. Musimy się sami sieci nauczyć i przede wszystkim nauczyć radzić sobie z wykorzystywaniem sieci przez uczniów. Może się wtedy okazać się, że i “Sparta” i “nie bić się” mogą być ciekawe, tylko zadane tak, by wyjść poza utarte schematy.

  • Jak sprawdzić zadanie?

Ostatnio usłyszałem jednego ze znajomych licealistów, który powiedział, że nieważne, jak zrobi pracę domową. Ważne, że zrobi. Czyli w zasadzie nie jakość a ilość. To bardzo niepokojące. Namawiam do prac, które nie wymagają wiele pracy i czasu, ale powinny być zrobione jak najlepiej. Tu dochodzimy do indywidualizowania uczenia. Nie każdy może dojść do tego samego poziomu, ale każdego warto zachęcać, żeby zrobić jeszcze kilka kroków w górę. Po zadaniu pracy domowej sprawdzam i daję wskazówki, jak ją można poprawić. Praca wraca do ucznia bez oceny, ale z uwagami. Uczeń może ją poprawić, a ja albo ją przyjmuję, albo daję kolejne poprawki. Zadanie przyjmuję wtedy, kiedy wiem, że od danego ucznia już więcej nie wyciągnę. Taki system ma swoje minusy (jest piekielnie czasochłonny), ale uczy, że nie popłaca „odwalić pracy” nawet tych, którym wystarczy „słaba trójka”.  Im szybciej uczeń się zmobilizuje i zrobi coś tak, jak trzeba (ważne kryteria akceptowanej pracy), tym lepiej dla niego. Mój blogowy kolega Kuba ze swoją 7 klasą, w zeszłym semestrze przez pół semestru pisał w domu z uczniami jeden esej. Uczniowie pisali w interwałach dwutygodniowych na ten sam temat a Kuba im to trzy razy poprawiał aż będzie strukturalnie dobry i merytorycznie przekonujący.

Nie ma dla mnie wątpliwości, że forma i rola pracy domowej powinna ulec zmianie. Tradycyjny, nastawiony na mechaniczne wykonywanie losowych często zadań, sposób jej zadawania się przeżył. Często też jest powodem frustracji rodziców, którzy pracę odrabiają razem z uczniami, co w zasadzie czyni pracę domową… pracą rodzinną. Od jakiegoś czasu propaguję w swojej szkole termin „praca indywidualna”, żeby podkreślić właśnie, że zależy mi na samodzielnej pracy ucznia. Musi on jednak wiedzieć, że przychodząc do mnie nie musi się bać, ma prawo do błędów, do poszukiwania. Nie ma natomiast prawa do bylejakości, oszukiwania i wyręczania się innymi.

Staram się zadawać pracę z sensem. 

Jacek: 
Tekst ten został napisany na blog superbelfrzy.edu.pl. Osoby związane ze środowiskiem SuperBelfrów zaprosiły mnie do wzięcia udziału w unikalnym na skalę światową przedsięwzięciu: wystąpieniu na konferencji online. Serdecznie zapraszam na sobotę 6 października. 
Poniżej wersja, którą wysłałem do redaktorów bloga

Nie od dziś wiadomo, że nic tak nie uczy nauczyciela uczyć, jak spotkanie z innym nauczycielem. Wymiana doświadczeń, dzielenie się pomysłami czy nawet wspólne narzekanie (ale nie za dużo) dodaje siły, przypomina, że nie jesteśmy sami, otwiera głowy na pomysły. Daje nowy oddech.

Do takich spotkań najczęściej dochodzi przy okazji kongresów czy szkoleń. Niestety czas, który musimy poświęcić i koszty, które trzeba ponieść, skutecznie uniemożliwiają częsty udział w takich imprezach. Rozmowy z koleżankami i kolegami – powiedzmy to szczerze - też często raczej demotywują, niż zachęcają do pracy. Sam często unikałem pokoju nauczycielskiego, gdzie grono ciągle narzekających na wszystko belfrów widziało błędy w systemie, uczniach, papierach, dyrekcji. Byłem w mniejszości.

Szerokopasmowy Internet, sieci społecznościowe ratują takich jak ja (i Wy). Dwa lata temu grupa nauczycieli postanowiła zorganizować pierwszą w Polsce kilkugodzinną konferencję online. W dwunastogodzinnym, bezpłatnym, wirtualnym spotkaniu EduMoc Online  uczestniczyło niemal tysiąc nauczycieli, edukatorów, akademików - wszystkich tych, którym chciało się „zarwać” wolną sobotę i obserwować, co się dzieje na wirtualnej mównicy. Rzecz o tyle wygodna, że jednocześnie można leżeć pod kocykiem, sprzątać, na moment się wyłączyć, zjeść obiad a nawet (próbowałem!) obejrzeć mecz. Nie bez znaczenia jest również to, że można w łatwy sposób wejść w interakcję z innymi uczestnikami czy prelegentami.

W tym roku ponownie nauczyciele tworzący grupę Superbelfrzy RP postanowili zaprosić wszystkich chętnych na bezpłatną konferencję w Internecie złożoną z szeregu webinariów, spotkań online, warsztatów i wykładów. Za darmo.  By było łatwiej dla widzów, cała impreza odbędzie się na YouTube.

Konferencja startuje w sobotę, 6 października o godzinie 9.00. i będzie trwać przez cały dzień do późnych godzin wieczornych. W programie ponad dwadzieścia półgodzinnych wystąpień na różne tematy:,kształcenia myślenia krytycznego, technologii, praktyki lekcyjnej, projektów czy edukacji medialnej. Na jutubowej mównicy wystąpią dyrektorzy, nauczyciele, ludzie nauki, przedstawiciele świata świetlicy szkolnych i inni edukatorzy. Krótko mówiąc: każdy znajdzie coś dla siebie. Dokładny program znajdziecie pod tym linkiem: http://bit.ly/emo2018

Wzorem innych międzynarodowych konferencji tego typu, na przykład “Teach With Tech Conference”, podczas EduMocy Online 2018 będzie prowadzone moderowanie równoległej debaty na Facebooku, gdzie zorganizowane zostaną różne aktywności - konkursy, głosowania, debaty. Będą też nagrody!

Kończąc zachęcam do polubienia wydarzenia na Facebooku . Do zobaczenia o 9.00.

Występuję jako pierwszy skupiając się głównie na mojej działalności związanej z podcastem edugadki.pl. Na pewno jednak nie zapomnę o doklasy.pl i miejsca, w których się spotkamy na Facebooku.

Nowy rok przynosi możliwości „rozpoczęcia od nowa”. Można wziąć głęboki oddech, poddać ewaluacji poprzedni rok, zastanowić się, co wyszło, a co nie, i przystąpić do 2018/2019 z kilkoma poprawkami. Oto lista moich 5  postanowień, które spróbuję zastosować.

Nowy rok szkolny 2018/2019

Najpierw poznam uczniów

Przyznam się szczerze, że nie przekonują mnie ciągłe narzekania, że „podstawa jest przeładowana”. Wiem, że jest. Nic na to nie poradzę (piszę o tym niżej). Tak czy inaczej, dwa, trzy pierwsze spotkania poświęcę na zorientowanie się, z kim mam do czynienia. Nawet jeśli to ludzie, których już uczyłem, wakacje mogły poczynić w ich zmieniającym się życiu wiele zmian. Pogadamy, przedstawię ludzkim językiem program, może wykorzystam ubiegłoroczny pomysł Kuby w jednej z klas [czytaj]? Kto wie. Najważniejsze, żeby uczniowie nie odnieśli wrażenia, że wsiedli do jakiegoś Pendolino, który porwał ich nie patrząc nawet, kto kto w nim jedzie.

Wezmę nożyczki i zacznę aktywnie czytać podręcznik

Uroczyście oświadczam, że nie „przerobię” wszystkiego! Nie da się. Moje lekcje to nie “Mission Impossible”. Chcę robić porządnie to, co robię. Tak więc przejrzę podręcznik i wybiorę około 10 zagadnień w każdej klasie, których po prostu nie zrealizuję. Moim nauczycielskim zadaniem jest nauczyć uczniów uczyć się (jedna z umiejętności kluczowych!). Dlaczego więc nie poprosić ich, by te tematy zrobili sami? Znam argumenty (brak samodyscypliny, potrzeba sprawdzania wyników, kontroli nad tym, co jest przekazywane), które pokazują, że samodzielne uczenie jest nieefektywne. Nie przekonują mnie. Z uporem będę twierdził, że każdy materiał można zrealizować samodzielnie, jeśli tylko odpowiednio przygotuję materiały: YouTube, podręcznik, moje zbiory, pomysły na doklasy.pl mogą mi się przydać. Wiadomości sprawdzę i pokażę, że można.

Postawię kamienie milowe

Nie będę rozpisywał całego roku szkolnego „lekcja po lekcji”. Umówmy się to jest nierealne. Tym razem spróbuję zaznaczyć sobie cztery, pięć dni w kelendarzu, które będą kamieniami milowymi. Na przykład chciałbym w piątej klasie do końca listopada „mieć za sobą starożytność”. Pewnie trudno w to uwierzyć, ale naprawdę można. Pod warunkiem jednak, że dość dobrze skorzystam z wcześniej opisywanych nożyczek i zdrowego rozsądku. Zamiast myśleć “no nie, tego nie można nie uczyć” zadam sobie pytanie “co ma wiedzieć pod koniec roku szkolnego”. I nie będę straszył uczniów egzaminem. Są dopiero na początku nauki. I tak (jak ktoś uczy do egzaminu) będzie trzeba to powtórzyć, a tak naprawdę uczyć się na nowo.

Będę częściej wychodził z uczniami z klasy

Jacek wyszedł z klasy
Jacek z uczniami Akademii Dobrej Edukacji w Warszawie

Większość z nas mieszka w miejscach, w których działo się coś ciekawego. Polska historią stoi, dlatego tych kilka zaoszczędzonych godzin poświęcę również na porozmawianie o historii lokalnej. Nie trzeba mieszkać w Warszawie czy Krakowie, żeby pokazać, że historia jest nie tylko w podręcznikach. Nie trzeba nawet jechać do pobliskiego muzeum historii lokalnej. Prawie każda miejscowość ma swoją historię, przełomowe momenty. Stare Pole, (pomorskie), z którego pochodzę, to wieś założona przez krzyżaków na prawie chełmińskim, w 1466 weszła w skład Królestwa Polskiego, w XIX wieku rozwinęła się w konsekwencji budowy torów kolejowych. Ileż wątków, o których można nie tylko wspomnieć w klasie, lecz także porozmawiać na zewnątrz szukając trwałych śladów tych wydarzeń i procesów.

Będę pamiętał o umiejętnościach

„Uczeń wie...”, „Uczeń wymienia…” to jest (dla mnie niestety) nasz chleb powszedni. Uczniowie mają żonglować przyczynami, przerzucać się skutkami, wiedzieć kto, gdzie i kiedy. Dziś wie, za dwa lata nie będzie wiedział. Dlatego dużo ważniejsze jest, moim zdaniem, zwrócenie uwagi na to, jaki postęp robią uczniowie w zakresie umiejętności historycznych.  Jak wykorzystują wiadomości, czy umieją łączyć wydarzenia i samodzielnie porządkować je w czasie, czy umieją samodzielnie wyciągnąć wniosek, zadać pytanie, określić, czy tekst jest obiektywny itd. Będę starał się przestrzegać zasady: jedna lekcja, co najmniej jedna umiejętność. Świadomie będę zwracał uwagę, którzy uczniowie pracują, gdy umiejętność jest kształcona, bym umiał o nich powiedzieć nie tylko to, że „wymieniają i wiedzą”

Będę łączył kropki

Ci, którzy znają ten film wiedzą o co chodzi. Ja go oglądam raz na jakiś czas, żeby sobie wbić do głowy, co jest ważne w moim zawodzie.

książka, kropka, książka, kropka....

Postanowienia, pewnie jak zawsze, są na granicy realizmu i możliwości wykonania. Dużo mają z naiwnych marzeń. Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy mogą sobie pozwolić, nawet choćby chcieli, na działania, o których piszę. Poza tym moje pomysły mogą się komuś nie podobać (zapraszam do dyskusji). Zależy mi jednak na tym, żeby moje cele na ten rok wykraczały poza zwykłe ułożenie rozkładu treści.

Bitwa o Anglię. Dywizjon 303 w reżyserii Davida Blaira to pierwszy z dwóch filmów, ukazujących się w tym roku w naszych kinach na ten temat. Nie chcę tu pisać recenzji filmu. Chciałbym tylko podzielić się kilkoma uwagami dotyczącymi możliwości jego wykorzystania na lekcji lub w rozmowie ze swoimi dziećmi. W kinie byłem z moim 13 letnim synem, któremu film się bardzo spodobał, więc poniższe przemyślenia są efektem naszej rozmowy po seansie.  Osobiście przypomniałem sobie emocje związane z książką Arkadego Fiedlera, z którą razem z pilotami latałem walczyć z Messershmittami.


Co młody człowiek przed filmem wiedzieć powinien? Film zaczyna się w 1940 zaraz po klęsce Francji. Skupia się na wydarzeniach z sierpnia i września tegoż roku. Warto może więc przedtem powiedzieć kilka słów o kampanii wrześniowej i fakcie, że wielu polskich żołnierzy znalazło różne drogi do Francji właśnie a potem Anglii. Same działania pokazane są zgodnie ze znaną pewnie bardziej pokoleniu starszych, fiedlerowską narracją. Ci, którzy czytali książkę, nie powinni się czuć zaskoczeni. Film kończy się w 1945 i scenami, które rozgrywają się na tle defilady zwycięzców, która odbywa się  bez Polaków. Przed filmem może warto wytłumaczyć młodszym z widzów, dlaczego, jak mówi bohater filmu „nikt nie chce zdenerwować Stalina”

Spitfire

O czym można porozmawiać z uczniami po filmie takim jak „Bitwa pod Anglię. Dywizjon 303”? Autorzy tego filmu, przedstawiając znane epizody z życia słynnych pilotów, skupili się głównie na postaci Jana Zumbacha. Pokazano też losy innych pilotów, którzy nie tylko prowadzą walkę na niebie, lecz także wracają wspomnieniami do Polski. Te retrospekcje pokazane są w sposób bardzo subtelny i kontrastują ze scenami ukazującymi wyobrażenia pilotów na temat sytuacji osób, które pozostały w Polsce.  Ma to duży wpływ na to co czują i jak walczą Polacy. Chyba skupiłbym bym się właśnie na tym. Problem odwagi lub jej braku, chęci zabijania, zemsty, Niemca jako wroga czy też człowieka jest przedstawiony tak, że pozwala zadać kilka ważnych pytań uczniom. Na pewno, co należy pochwalić, autorzy filmu nie podają na tacy łatwych odpowiedzi.

Poniższe pytania zostały zainspirowane pofilmową rozmową

Czy film pokazuje prawdę? Na pewno nie. Przecież nie o to chodzi, żeby po wyjściu z kina powiedzieć “tak właśnie było”.  Z tego prostego powodu, że jest dziełem artystycznym, jedną z interpretacji. Każdy z nas kto czytał Fiedlera lub słyszał inne opowieści o Dywizjonie wie, że najwięcej samolotów zestrzelili, że była w nich ułańska fantazja, że Anglicy nie ufali im na początku, że mieli problem z językiem, że był wśród nich Czech, że Urbanowicz to dżentelmen a Zumbach narwany, że podobali się angielskim dziewczynom. Tak więc film na pewno powiela znaną, ułańską historię pilotów. Robi to dobrze i solidnie na poziomie filmowym. Jest może kilka scen, które niepotrzebnie biją patosem, są wypowiedzi, które skierowane są bardziej do widza, by ten lepiej zrozumiał kontekst. Film w dużej mierze jest jak lekcja historii w stylu epickiego wykładu, jak wykład multimedialny. Nie, film nie pokazuje prawdy, bo jej się nie da pokazać. Możemy najwyżej zobaczyć, jak sobie ją wyobrażamy, jak ją chcemy widzieć, jak chcemy zapamiętać pilotów.

Co w filmie uwiera? Ciekawe, czy coś będzie razić młodych ludzi. Mnie chyba niepotrzebnie raziło stereotypowe ukazanie Francuzów (leniwi i raczej tchórzliwi), Anglików (dumni, śmieszni i sztywni), no i mimo wszystko Niemców, którzy albo są martwi, abo butni, albo zrezygnowanie z wściekłością trzaskają drzwi samochodu patrząc na dymiące samoloty z czarnym krzyżem.. Chętnie przekonam się, czy uczniowie też dostrzegają takie uproszczenia.

Czy iść na film? Tak. Na pewno warto zobaczyć, w jaki sposób polsko-angielska produkcja radzi sobie z tematem, który rozpalał wyobraźnię młodych czytelników kilka dekad temu. To również dobry film, by podyskutować o tym, jak tworzy się popularną historię, by wzruszyć, podnieść na duchu czy nawet rozśmieszyć. Mnie jednak cieszy najbardziej, że na tym filmie nie cierpiałem z powodu przeromantyzowanej, słodko-heroicznej narracji, która tak mocno ostatnio szkodzi temu, jak postrzegamy historię.