Przeskocz do treści

Historia o Wazach

W moim nauczycielskim życiu pojawiły się wydarzenia, które stały się impulsem, by po raz kolejny postawić sobie pytanie, o to czego i jak właściwie chcę uczyć.

Pierwsze z wydarzeń to spotkanie z uczestnikami kolejnego, dorocznego zjazdu członków Euroclio. Prawie 150 nauczycieli, głównie z państw europejskich, dyskutowało w Gdańsku o tym, na ile nasz przedmiot uczy krytycznego myślenia. Czy w ramach naszych zajęć możliwe i realizowane są elementy wzmacniające u uczniów umiejętność czytania i słuchania z odpowiednim dystansem i powątpiewaniem.
Drugie - to spotkanie w kameralnym gronie kandydatów do liceum, w czasie którego rozmawialiśmy między innymi o celu uczenia historii. Zdaniem przyszłych licealistów, historii uczymy się przede wszystkim po to, by znać przeszłość. Wiedza ta ma uchronić nas przed powielaniem błędów naszych przodków, a poznawane przykłady postaw, mają być dla nas wzorem postępowania.

Trzecim było odnalezione przypadkiem zdjęcie (pol.: topimy się w informacjach głodni mądrości), które stało się bezpośrednią inspiracją do napisania  tego tekstu.

Wspomniane we wstępie dwa spotkania przyniosły dwa diametralnie odmienne spojrzenia na nauczanie historii. Pierwsza perspektywa, zakłada wybieranie “z historii” takich sytuacji, które do dziś są aktualne. Ukazanie różnych postaw i perspektyw, nie tylko aktorów wydarzeń, ale też tych, którzy je relacjonowali. Drugie ujęcie, tradycyjne, to historia w której nacisk kładzie się na przedstawienie uczniom opowieści, zbioru ustalonych niemal ewangelicznie wiadomości. Zestaw informacji układających się w znaną narrację zbudowaną z obszarów “do zaliczenia”. Starożytny Wschód, Grecja, Rzym, islam, Bizancjum, początki państw europejskich itd., zbiór tak skatalogowanych wiadomości na tyle mocno wszedł do naszego DNA, że kiedy trwały ostatnie spory o podstawę programową autorzy tej obecnej chwalili się, że przywracają polskiej szkole “całą historię”. Oczywiście chodziło o wszystkie tradycyjne obszary (zwane potocznie “działami”) przywracane do podręczników historii. W tym modelu uczniowie, przechodząc i zaliczając “dział za działem”, rozwijają przede wszystkim pamięć. Wysiłek nauczyciela skierowany jest przede wszystkim na znalezienie techniki zapewniającej zapamiętanie jak najwięcej wiadomości przez największą liczbę uczniów.

Wyobrażam sobie to czasami tak, że mamy w naszych klasowych szafach takie trochę zakurzone wazy z przyklejonymi nazwami wspomnianych działów, z których co roku wyjmujemy karteczki do zapamiętania. Wybór tych karteczek nauczyciel uzależnia od klasy, poziomu, etapu, ale wciąż są to te same wazy. To zresztą widać wtedy, kiedy uczeń “chce wiedzieć więcej”. Zawsze można bowiem sięgnąć do wazy i wyjąć z niej jeszcze więcej rzeczy do zapamiętania. Albo sięgnąć po rzadko używaną wazę.

Wyższy poziom osiągają uczniowie, którzy nie tylko zapamiętują, ale również umieją połączyć zapamiętane informacje. W pierwszej kolejności wewnątrz poszczególnych zagadnień, a na wyższym poziomie rozumieją zależności między zagadnieniami. Najwyższy zaś poziom należy się uczniom, którzy do tego wszystkiego umieją na sprawdzianach czy testach zachować zimną krew i wyjąć z poszczególnych wazoników to, co trzeba. I zastosować! Myślę, że nie jesteśmy w stanie zrozumieć, że dla ucznia, dla którego historia jest tylko jednym z przedmiotów z wazami, to bardzo trudna czynność, zwłaszcza, że każemy mu się nauczyć opowieści, która - zaryzykuję stwierdzenie - nie do końca go interesuje. I pewnie jeszcze długo tak będzie, jesteśmy do takiego modelu przyzwyczajeni i trzeba to zaakceptować

Mógłby się tu też pojawić akapit przypominający o tym, że żyjemy w dobie zalewu informacji, że jest ich zalew, że powinniśmy uczyć podejścia do wiadomości a nie samych wiadomości. Albo, że podstawa jest jaka jest i przecież nic się z tym nie da zrobić. Ale zamiast tego, chciałbym zaprosić  Was do czegoś … szalonego, ekstremalnego, ale wykonalnego. Opróżnijmy te wazy. Przecież:

Po prostu: zacznijmy wymagać inaczej. Jak? To proste. Należy powiedzieć sobie, że nasi uczniowie wcale nie muszą pewnych rzeczy wiedzieć. Nawet o nich słyszeć. To działa na każdym etapie uczenia, w każdym profilu. Nawet humanistycznym. Przykład: rozmawiałem ostatnio  w szkole podstawowej o monarchii absolutnej we Francji. Uznałem, że najważniejsze jest to, by moi uczniowie wiedzieli, że:

  • to XVII - XVIII wiek
  • klasyczny przykład to Francja
  • Ludwik XIVz omówieniem słynnego portretu, Wersal
  • że racja stanu, suweren, utopia, umowa społeczna, Lewiatan, Richelieu

I to koniec.

Proszę samemu sobie powiedzieć, czego nie powiedziałem. Colbert? Będzie kiedy indziej. Intendenci? No… nie będę o nich mówił… La Rochelle? A po co? Mazarin? I tak zapomną.

Wolę patrzeć na uczniów, jak angażują się w dyskusję, jak mądrze rządzić państwem, jak bardzo potrzebna jest umowa społeczna współcześnie, po co stworzono takie portrety, niż po raz któryś omawiać wykres pokazujący organizację państwa Burbonów. Podając mniej informacji daje możliwość zrozumienia zagadnienia większej grupie uczniów. Ktoś chce wiedzieć więcej? Cudownie...tu jest podręcznik, napisz albo wyjaśnij mi na następnej lekcji, czego nie powiedziałem i czy twoim zdaniem to było naprawdę ważne i dlaczego.

Doskonale pamiętam, jak tłumaczyłem uczniom, która z rzek to Eufrat a która Tygrys. I jak najlepiej to zapamiętać. Czy najpierw w Anglii rządził Jakub czy Karol. Dlaczego mamy znać nazwiska przedstawicieli Rady Regencyjnej i który syn Bolesława otrzymał Mazowsze...
Piszę to wszystko w nadziei, że obudzimy się i przestaniemy zapełniać zeszyty uczniów swoim własnymi notatkami, które wcześniej przepisaliśmy na slajdy. Każdy temat - naprawdę każdy - może stać się punktem wyjścia do debaty, sporów, kontrowersji, każdy można jakoś skojarzyć ze współczesnym problemem. Można choćby wyguglować “stać ponad prawem” o głosie “suwerena” nie wspomnę, by pokazać, że lekcja o absolutyzmie, ma dziś sens. Tylko trzeba przestać mniej lub bardziej atrakcyjnie cytować własne notatki. Zrezygnować z jednej trzeciej naszych “niezbędnych”  informacji, które trzymamy w naszych starych, zakurzonych wazach.

Nie oszukujmy się: uczymy zapamiętywania opowieści. Uczymy zawartości naszych waz. Poszczególne zmiany podstawy programowej to dla nas jedynie informacji co jest a co nie jest obowiązkowe. Cenimy w uczniach to, że to zapamiętają i znajdą między poszczególnymi wydarzeniami zależności. Wtedy mówimy o świetnym uczniu z historii. Boję się, że wielu z nas nastawionych jest na przeszłość a nie przyszłość ucznia. Zmniejszmy liczbę rzeczy do zapamiętania. Włączymy wtedy więcej uczniów do rozmowy. Ważnej rozmowy,

Dedykuję wszystkim, którzy uważają, że trzeba uczniom powiedzieć o:

  • czasie występowania homo erectus
  • dacie reformy Klejstenesa
  • Braciach Grakchach
  • Dagome iudex
  • najeździe Brzetysława
  • Urbanie II
  • państwie Samona
  • Masławie i jego buncie
  • pokoju w Krzyszkowie
  • gotyckich maswerkach
  • bitwie nad jeziorem Pejpus
  • układzie w Dzierzgoniu
  • układach welawsko-bydgoskich
  • informacji skąd Andegaweni na Sycylii
  • nazwach ziem, które Rzeczpospolita straciła w Andruszowie
  • Gromadach Ludu Polskiego
  • wszystkich możliwych nazw endecji
  • generale Kutrzebie

itd.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *