Post po raz pierwszy pojawił się w serwisie doklasy.pl

Jeden raz nie wystarczy

Nie mam wątpliwości, że historia zawsze odnosi się do współczesności a zatem rola nauczyciela nie może się sprowadzać do opowiadania o tym, co się wydarzyło w mitycznym “kiedyś”.

Lubię gdy w naszym wpisach dzielimy się praktycznymi pomysłami na to, jak wplatać współczesne problemy w tok lekcji. Czasem jednak coś wzbudza we mnie potrzebę zabrania głosu bardziej teoretycznego. Tak było w przypadku niedawnego wpisu Jacka. Dziś chcę napisać o tym, jak widzę rolę i zadania naszego zawodu w XXI wieku i co naprawdę liczy się w pracy z uczniami. Pewnie nie będzie w tym wpisie dużo odkrywczych myśli, ale jeśli tak to nawet lepiej.

Po co są lekcje historii?

Z grubsza rzecz biorąc szkolne lekcje historii dotyczą trzech obszarów: uczą wiadomości o przeszłości, umiejętności historycznych oraz kształcą postawy. Te pierwsze (wiadomości) są dziś bardzo łatwo dostępne i każdy łatwo potrafi do nich dotrzeć za pomocą swojego telefonu. Te drugie (umiejętności) mają przede wszystkim służyć temu, żeby uczniowie wiedzieli, jak znaleźć te wiadomośc (także w swoich smartfonach), jak ocenić ich wiarygodność oraz przydatność. A o tych trzecich (postawach) często mówi się mniej. Nie zdarzyło się nam na przykład pisać na tym blogu na ich temat. Dzieje się tak trochę dlatego, że nie zawsze panuje społeczna zgoda odnośnie tego, jakie to konkretne postawy mają być na historii kształcone. Brak powszechnego konsensusu nie oznacza jednak, że na formowanie postaw nie ma miejsca na lekcjach historii.

Nie ulega więc wątpliwości, że ucząc naszego przedmiotu musimy myśleć o celach w każdym z tych trzech obszarów. Kwestią wyboru jest jednak, jak rozłożone mają być akcenty.

 

Co jest ważne?

Żeby skutecznie uczyć mierzenia się ze światem nauczyciele historii w XXI wieku powinni skupiać się na uczeniu umiejętności i kształceniu postaw. Te pierwsze mają przede wszystkim dotyczyć oceny wiarygodności i wykorzystania zdobytych informacji. Na ten aspekt edukacji historycznej akcent stawiać chcieli autorzy odchodzącej już podstawy programowej Nieco mniej oczywiste - z przyczyn, o których pisałem wyżej - jest to, jakie postawy mamy kształcić. Jak bowiem uznać, które z nich są tymi właściwymi, lepszymi, bardziej potrzebnymi, słusznymi? Co powinno wpływać na nasze wybory?

Na te pytania nie ma chyba jednoznacznej i nie podlegającej dyskusji odpowiedzi. Autorzy nowej podstawy programowej widzą dla szkolnej historii rolę przede wszystkim w kształtowaniu dość płytko rozumianych postaw patriotycznych. To dość tradycyjne podejście do lekcji historii, nie wydaje mi się właściwe w obliczu tego, jak wygląda współczesny świat.

Co jest więc najważniejsze?

Uważam, że jeżeli chodzi o kształcenie postaw to nadrzędnym, głównym i absolutnie najważniejszym zadaniem naszego przedmiotu powinna być tzw. edukacja dla pokoju, a więc uczenie postaw poszanowania innych i gotowości na dialog. Celem nie powinno być wzbudzenie mitycznej i trudnej do zdefiniowania miłości do ojczyzny, ale przekonanie uczniów, że pokój i zgoda są lepsze niż konflikt.

W zachodnim świecie (a więc i u nas) coraz mniej jest ludzi, którzy widzieli wojnę. W efekcie rośnie gotowość do podejmowania w życiu społecznym wyborów prowadzących do konfliktów i konfrontacji a nie współpracy i dialogu. Do władzy dochodzą politycy, którzy budują swój przekaz w kontrze do kogoś, we wskazaniu wroga, często pod postacią zagrożenia ze strony jakiejś grupy osób. Hasła te padają na podatny grunt, bo zapominamy jako społeczeństwa o tym, że to pierwsze kroki na drodze od pokoju do wojny (niekoniecznie rozumianej w kategoriach konfliktu międzynarodowego). Zapomnieliśmy (jako społeczeństwa), że obie wielkie wojny wywołali nie jacyś szaleńcy, ale Ci, którzy dali im władzę. Zapomnieliśmy, że zawsze, kiedy dajemy do zrozumienia, że nie lubimy Obcego i Innego to zaczynamy wojnę. O tym przypominać musimy na lekcjach historii.

Ale mamy coś jeszcze do zrobienia. Powinniśmy na lekcjach historii pokazywać też jak współpracować i jak rozmawiać. Póki co najlepszym ustrojem do szukania rozwiązań zadowalających jak najszersze grupy społeczne jest demokracja. Zasady tego ustroju pozwalają nie tylko słuchać obywateli, lecz także stwarzają płaszczyzny do rozmowy osób o różnych punktach widzenia. Drugim filarem edukacji historycznej powinna być zatem, w moim odczuciu, edukacja ku demokracji. Nie rozumiem tu demokracji jako jakiegoś konkretnego ustroju, ale raczej jako stale dziejący się proces dialogu pomiędzy różnymi grupami obywateli i sprawującymi władzę w poszukiwaniu rozwiązań kompromisowych. Żeby takie poszukiwania mogły zakończyć się sukcesem musimy uczyć naszych uczniów, jak rozmawiać z Innymi.

W tym miejscu nasuwa się pytanie, jak to robić i dlaczego mamy to robić akurat my, nauczyciele historii?

Jak to robić?

Mamy jako nauczyciele uczący “o ludziach w czasie” bardzo mocne narzędzia w postaci wydarzeń i procesów historycznych, żeby pokazywać, do czego w przeszłości prowadziły postawy ksenofobiczne, nietolerancja i zamknięcie na dialog. Mamy także narzędzia, żeby pokazywać, jakie korzyści płynęły ze współpracy, dialogu i tolerancji. To od nas zależy, jak rozłożymy akcenty między tymi skrajnościami: czy więcej damy przykładów konfliktu czy współpracy. Zapisy programów nauczania nie mogą przeszkadzać nam w realizacji nadrzędnych celów, o których piszę.

Naszą rolą jest nie tylko mówienie o przeszłości, nie jest też wskazywanie jak przeszłość wpływa na teraźniejszość, ale także ostrzeganie, jak teraźniejszość wpływa na przyszłość. Jeśli historia może być nauczycielką życia, to tylko w ten sposób. Jacek pisze, żebyśmy przydali się choć jeden raz. A ja mówię: jeden raz nie wystarczy. Musimy przydawać się codziennie i cały czas. Inaczej poniesiemy klęskę.

Podobne (chyba)