Post po raz pierwszy pojawił się w serwisie doklasy.pl

Odwrócona klasa na papierze

Funkcje szkoły w ciągu ostatnich kilkunastu lat uległy znaczącej zmianie. Nie jest już ona jedynym ani nawet najważniejszym źródłem wiedzy o świecie. Powinna za to stwarzać uczniom warunki, w których przede wszystkim rozwijają swoje kompetencje związane z szeregiem ważnych w dorosłym życiu umiejętności. Stąd akcent w pracy na lekcji powinien być kładziony raczej na rozwijanie umiejętności niż przekazywanie wiedzy. Ale jak poradzić sobie z faktem, że zasób wiadomości posiadanych przez uczniów często nie tylko utrudnia, ale wręcz uniemożliwia skupianie się na doskonaleniu ich kompetencji?

Myślę, że to nie tylko mój problem. Staram się wprawdzie skupiać na rozwijaniu u uczniów na przykład umiejętności krytycznego myślenia, analizy materiałów źródłowych, porównywania różnych perspektyw czy formułowania opinii. Ale często ponoszę niestety klęskę, bo gdy przychodzi co do czego to sporą część lekcji muszę poświęcić na wyjaśnienie uczniom, kim byli Bolesław Chrobry, św. Wojciech, Otton III i na czym polegało znaczenie biskupa w średniowieczu. W efekcie na efektywną pracę z materiałami źródłowymi (np. przekazami o zjeździe w Gnieźnie) pozostaje już niewiele czasu. Właściwie to powinienem pisać w czasie przeszłym, bo dzięki Jackowi znalazłem rozwiązanie, które całkiem skutecznie pozwala rozwiązać ten problem.

Nawiązuje ono do metody, która nazywa się odwrócona klasa (ang. flipped classroom). Jej początki sięgają 2007 roku, kiedy to dwaj amerykańscy nauczyciele zaczęli nagrywać dla nieobecnych na lekcjach uczniów filmiki, w których prezentowali treści omawiane na opuszczonych zajęciach. Z czasem okazało się, że do tych materiałów sięgają nie tylko nieobecni, ale i wszyscy inni uczniowie, traktując je zarówno jako przygotowanie do zajęć jak i do sprawdzianów. Szybko dostrzeżono, że takie rozwiązanie niesie ze sobą szereg korzyści. Lekcje prowadzone po obejrzeniu przez uczniów przygotowanego dla nich wcześniej materiału były bardziej merytoryczne a czas  przeznaczony na zajęciach na podawanie wiedzy ograniczony był do minimum. W klasie można się za to było dokładniej skupić się na wykorzystywaniu wiadomości do rozwiązywania problemów i tym samym nie tylko pogłębić wiedzę uczniów, lecz także rozwijać ich umiejętności.

Nie zawsze jednak możliwe jest nakręcenie dla uczniów filmików. Z jednej strony wymaga to od nauczyciela znajomości oprogramowania, z drugiej zaś niezbędne jest, żeby uczeń miał możliwość zapoznania się z przeznaczonymi dla niego treściami w dogodnych warunkach. Dlatego zainspirowany opisaną wyżej metodą dostosowałem ją do własnych potrzeb i możliwości. Istota - polegająca na przeniesieniu zdobywania informacji do domu - została jednak taka sama. W praktyce wygląda to tak, że uczniowie w ramach pracy domowej mają znaleźć odpowiedź na szereg pytań dotyczących bardzo konkretnych wiadomości. Nie ważne, z jakich źródeł je wezmą (moi uczniowie mają na przykład różne podręczniki), ważne, żeby znali na nie odpowiedź. Pytania są tak sformułowane, że na odpowiedzi uczniów nie będzie miał wpływu fakt korzystania z różnych źródeł. W każdym opracowaniu znajdą taką samą informację na temat daty chrztu Polski czy definicji monarchii patrymonialnej.

W praktyce stosowanie tej metody zmienia też rolę i znaczenie pracy domowej. Staje się ona przygotowaniem do zajęć, a nie utrwaleniem wiedzy zdobytej w trakcie lekcji. Teraz to lekcja jest okazją do utrwalania i pogłębiania wiedzy oraz stosowania jej w praktyce. Taka sytuacja jest też bardziej naturalna: uczniowie przychodzą ze zdobytym pewnym zasobem wiadomości, a specjalista (nauczyciel) pokazuje im, co można z tymi wiadomościami zrobić.

Na samej lekcji nie wymagam od uczniów, żeby pamiętali odpowiedzi na wszystkie pytania. Wystarczy, że mają je na kartkach i potrafią w odpowiednim momencie do nich zajrzeć i znaleźć to, co akurat jest potrzebne. Nie muszę już poświęcać cennych minut lekcji na podawanie wiadomości i mogę skupić się na uczeniu, jak z nich korzystać w pracy ze źródłami.

Podobne (chyba)